Menu

to tylko jeden dzień

Z każdego dnia staram się wygospodarować cząsteczkę światła. Staję na nim jak na szczeblu drabiny i tak sobie idę ciesząc się co raz szerszym horyzontem

Stół

jerzyfafara

 Odwieczne pytanie: z czym kojarzy się dom? Mnie ze stołem. Ten stał zawsze w naszym domu. Dębowy. Prostokątny z szufladą zamykaną na klucz, który - nawet nie wiadomo kiedy - przy kolejnych przeprowadzkach zaginął. Po przeprowadzce ze Staszica na ulicę Hetmańską 32 zajął miejsce w kuchni, a w szufladzie miejsce rodzinnych dokumentów zajęły sztućce. Ojciec nazywał tę szufladę pustole. Kto dzisiaj używa takiej nazwy? No kto? 

Przy nim jadło się obiady, na nim mama wałkowała ciasto na pierogi lub makaron, kroiła mięso, szatkowała kapustę, ojciec przed świętami maił spirytus z wodą i sokiem wiśniowym, a tak zrobiona wódka nazywała się wprost cudnie: "tata z mamą". Spirytus to tata, mama sok, a woda to przecież życie - jak mówią uczeni. Ja po latach stawiałem na nim plastikową wanienkę i kąpałem mojego nowo narodzonego syna. A stół trwał, rósł razem ze mną i z moim synem. Ale wróćmy do dawnych czasów. Punktualnie o 15 huczała na końcu naszej ulicy fabryczna syrena WSK, a na wyłożonej kostką Hetmańskiej, jeszcze niezalanej asfaltem, pojawiały się niebieskie autobusy fabryczne, miejskie czerwone "koło" i "dziesiątka", za nimi wylewał się przez fabryczną bramę tłum robotników ledwo mieszczących się na chodnikach. Rowery, motocykle, czasem jakiś samochód, a mieszkający w tym samym ciągu bloków przy Hetmańskiej Tadek Nalepa komponował swoje pierwsze bluesy, czerpiąc - tak mi się wydaje - siłę i ból, i miłość z tej kostki, z tego tłumu i przepełnionych autobusów, które w środku wydawały się czarne jak zmęczone twarze robotników.

O 15.30 pojawiał się ojciec. Kładł czarną teczkę w przedpokoju, mył ręce, siadał przy stole. Brat obok, ja naprzeciw ojca. Mama przy oknie. Lubiła jeść i patrzeć na Hetmańską, i szpaler coraz wyższych kasztanów pod oknem. Po zupie zaczynały się opowieści. Najbardziej lubiłem o dziadku, który z pierwszej wojny światowej wrócił do domu po sześciu latach, bo jeszcze dwa lata bił się z bolszewikami pod rozkazami Piłsudskiego. Gdy wymawialiśmy jego imię, matka nie wiadomo dlaczego gładziła dłonią blat naszego stołu, który był prezentem ślubnym od dziadka. - A bo wiecie, jak dziadek Andrzej... - tak zaczynała swoją opowieść, pojawiała się jej dłoń, kładła ją delikatnie na blat jak na głowę ptaka, gładziła i otwierało nam się niebo pod skrzydłami. Kiedyś na świętach pojawił się u nas w domu dziadek Andrzej. Stół z kuchni przenieśliśmy do dużego pokoju, bo przy jednym nie zmieściliby się wszyscy. Stał pod oknem, a na nim wazy z zupami, półmiski z pierogami, szklane dzbanki z kompotem z suszonych śliwek. Już po życzeniach, kolacji, czekając na pasterkę, dziadek opowiadał o bitwie nad Piawą, o lwowskim szpitalu, w którym leczył rany znad Piawy, o wioskach białoruskich, Lisie-Kuli i o tym, że jak wrócił z wojny, ściął dąb rosnący przed ich chałupą na Wysokiej Strzyżowskiej. Nie było mebli i kołyski, a dziadek się zaraz po wojnie ożenił. Musiał ściąć. Stolarz był tani, a drewno - jak to po każdej wojnie - drogie. - Ten stół - powiedział do nas, wskazując na nasz kuchenny stół: - Z tego dębu. Trochę było szkoda, miał z dwieście lat. Całe pokolenia nasze się pod nim wychowały i wiecie co? Jak patrzę na ten stół, to jeszcze widzę ptaki, które siadały na jego gałęziach. A ptaki - mówił dalej dziadek - to niebo, a niebo to wiatr, a wiatr to świat cały.

Dziadek Andrzej był dla mnie zawsze ważny. Jego opowieści, których słuchałem od zawsze, jeszcze ważniejsze. Dziadka już nie ma, nie ma mamy i ojca, brat gdzieś w świecie, ale wiem, że dzięki dziadkowi, mimo że on nie żyje, ja żyję już prawie 120 lat. Bo żyję w jakiś sposób życiem mojego dziadka, który urodził się w 1897 roku. A ten stół? A stół to szczebel w mojej drabinie do nieba.

PS Jeszcze jedno. Na Hetmańskiej dawno już nie słychać fabrycznej syreny, kasztanów też już tylko jeden szpaler, samochody jeżdżą dzień i noc, a ja zawsze o 15.30, jakby ktoś we mnie nastawił budzik, nasłuchuję kroków na schodach, ptaków na gałęziach drzew i czuję zapach suszonych śliwek.

© to tylko jeden dzień
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci